12
.05.12
"Ani kroku do tyłu..."
Klandestino

To był niezwykły weekend…

Przyjechała Sasza, tchnienie dzieciństwa, siadamy na jednej z tych słabo oświetlonych i zakurzonych półek i upijamy się winem z omszałych piwnic przeszłości.

Tyle nas teraz różni, ona nie rozumie że szalony pomysł okazał się receptą na życie, że sztuka jest wyzwoleniem, dla niej to nie ma korzeni w rzeczywistości, ja nie rozumiem jej życia, które jest ciężkie i wyprane z poezji…

Nieważne, chce mnie zabrać do siebie, nie byłam tam tyle lat, Boże… 

Pusty pociąg, puszki z piwem którego nie piła już od wieków no bo dzieci, zasadniczy Piotr i codzienna rzeczywistość następujących po sobie dni i godzin.     

 Wieczór i podmiejska knajpka gdzie postanowiłyśmy go spędzić.

Błędnym wzrokiem szukam stróżów bezpieczeństwa którzy powinni nas stąd wyrzucić, ale wzbudzamy jedynie zaciekawienie… Każde miejsce na ziemi tworzy swój własny klimat, pewien szczególny styl życia, nawet w rysach ludzi odnajduje się piętno tych okolic.

Nikomu nie zadedykowana, z lampką wina słucham opowieści jakiegoś miejscowego filozofa. Odgarnia wciąż z czoła niesforną  grzywkę i stara się przekonać mnie że przestanie istnieć gdy tylko przestanę na niego patrzeć.

Sasza opowiada jakiejś plastikowej panience o tym jak jej córka namalowała w przedszkolu  kota „po niemiecku” a ja przy akompaniamencie nowoczesnych rytmów i łykania pigułek na lepsze jutro(jutro to przecież zawsze jakieś wczoraj),w lekkim świecie pięciominutowych przyjemności i rozpraszaniu się w szmirowatych filmach XXI wieku, czuję smak alkoholu, słonych  łez i słodkawej krwi…i mam ochotę na „wzniecenie życiodajnej zadymy w podmiejskiej spelunie”.

Nad ranem przyjeżdża po nas Piotr który zawsze miał tendencję do nienawidzenia rzeczy wybijających się ponad przeciętność, przewraca oczami, wrzuca nas na tylnie siedzenie samochodu i mówi coś o namiętnościach trzymanych w ryzach i o jakichś moich sprawach sprzed lat  które pociągały za sobą ryzyko równoznaczne z tworzeniem sobie fabryki wrogów. Rozbawia mnie tym jedynie (”Oczywiście tak jak podejrzewałem nie zmieniłaś się, zawsze wszystko to co mówiłem potrafiłaś wykpić z charakterystycznym tylko sobie uroczym wdziękiem, niech cię szlag…”)

 

Przysypiam…ale rozpoznaję…Pofalowane wzgórza, kapliczki przydrożne, wiatr szemrzący nad koronami drzew. Las w oddali, wabiąca polna ścieżka. Rozpoznaję te drogi, wiem gdzie jedna z nich prowadzi…Kościół, kapliczka, trzy latarnie, porzucony dom pośród starych drzew. Nic się tu nie zmieniło!

Wieczorem budzę się i bez słowa wybiegam z domu. Wszystkiego dotykam, wszystko wącham. Każde miejsce to jakieś wspomnienie, zaglądam do wszystkich zamkniętych bram. Jakieś pogmatwane obrazy, fragmenty, historie, jestem pełna jakiejś tęsknoty, melancholii, które powodują przedziwne na ogół osobiste skojarzenia.

Dom jej dziadka, to tu przeżyłyśmy koszmary rodem z niekiepskich horrorów, wchodzę na strych. Graciarnia wspomnień,lęków, śmierci, cisza czai się po kątach. Boże ten obraz…Niewidzialne duchowe tło w którym jest osadzony zawsze powodował że stojąc przed nim czułam się zagubiona, wiedziałam że większa część obrazu znajduje się poza płótnem… Wszystko niby nieme ale ich wymowę rozumiem tylko ja.

W radosnym psów szczekaniu i krokach na skrzypiących schodach jest tyle radości!

Czy mnie rozpoznają? Rozpoznają…mówią że to przecież wciąż ten sam uśmiech. Ominął ich szum i huk życia, ich prostota znów mnie oszołomiła ale oni nazywają to wszechobecnym tłem wielkiej tragedii życia, scenicznym żartem znudzonego Boga…

Jeden sklep, biegnę tam zupełnie tak jak kiedyś, a oni wciąż tam siedzą! Czyżby czas się tu zatrzymał? Przy ogniu, z tanimi winami i wciąż w tych samych ortalionowych kurtkach. Cieszą się na mój widok ale dno smutku im nie obce, narzekają na brak pracy, perspektyw, sensu…Zapraszają mnie na potańcówkę w Remizie…

Milczące wierne wspomnienia,  przemykam przez świdry spojrzeń, w powietrzu drży muzyka gwar zmieszanych głosów, dym cudzych papierosów, nie nadążam strącać tych wzroków z siebie, kobiety przysuwające się do swoich mężczyzn, chytry szpieg, zła rywalka?

I on, jego oczy drogie i twarz, którą ogarnia najzwyklejsza radość, kilka słów  w przelocie, dlaczego? Bo tak bezpieczniej? Bo pewnie czas nie wszystko zagrzebał? Garść zmiętych wspomnień, bezksiężycowa noc, sen w starej szopie, jego pierwsza kobieta, wyzwolone pragnienia, tajemnica przedziwnego czaru ("Nie pytaj dokąd idą w mrok nocy obróceni”)

Złowrogie spojrzenie Piotra ”Ani mi się waż… Maja nie rób tu rewolucji bo znowu wyjedziesz a oni zostaną z tym sami…” 

Przemykam pod ścianą, wszystkim schodząc z drogi, chyba jednak nie jestem zagubionym fragmentem mozaiki… Ani kroku do tyłu

 

Rano budzi mnie słońce, staję z nim twarzą w twarz, wypogadza mroki duszy.

Wieloznaczność, chaotyczna gonitwa myśli,błądzenie między różnymi piętrami rzeczywistości, między snem a jawą.

Wracam do domu, znów przepych wielkomiejskich ulic. Przydworcowy bar, syk włoskiego ekspresu do kawy…

Noc stoi na dworze czy dzień ma barwę wieczoru? Włóczą się za mną tajemnicze kroki, na powiekach drży czarne zmęczenie, myśli w strzępy podarte, czekanie mija wolno w nieruchomej ciszy…

Namiętności, potężne oczyszczające bóle, wiosna której nie mogę się doczekać i chyba nie doczekam. Przemierzam gąszcz swoich refleksji poddając się zmiennym nastrojom duszy, łyk prostoty i szczerości. Nie ma to jak powstawanie pożądań i niemożność ich zaspokojenia, pasja życia…

 

3
Topuj!

Funkcja topowania i dodawania komentarzy nie jest już aktywna.

Komentarze

Brak komentarzy.