07
.10.11
"Delirium"
OntologHobbysta

Gdzie ja do ciężkiej cholery jestem? Gdzie ja tak właściwie mieszkam? Dokąd ja szedłem i po co? I co ja robię na tej pętli tramwajowej, i dlaczego nagle mróz ścina mnie w kolanach? Boże jak tu zimno. Jak Ty miałaś na imię, piękna kobieto? Jak wyglądałaś, jej czerwona kiecko?

 

W mojej zatęchłej krwi toczy się czysty spirytus w dawce śmiertelnej. Kropka 44 procenta, najdoskonalszy kaliber pod słońcem, o tej broni pisał sam Mickiewicz. W głowie mi szumi i gwiżdże, w głowie mojej przejeżdża się towarowy piszczący spod kół pociąg. Jestem pośrodku słowa „nigdzie”, czyli dokładnie w literze „d”. Tutaj nawet sam szatan chleje tanią whisky kupioną za grosze w biedronce, a anioły już dawno z nudów poprzestawały istnieć. Najebałem się, wiadomo, kiepsko ze mną, wiadomo, chodzę w kółko po tym zasranym osiedlu i chodzić tak będę, aż mnie w końcu ranek wraz z kacem zastaną, jak zwykle nieprzygotowanego. Jak dobrze pójdzie to nie zamarznę na kość pod którąś z tych grobowych topoli.

 

Pamiętam Twoją twarz, Amando Paulino Natasho Kreuter. W tym delirycznym amoku widzę Twój nadgarstek, rzecz najbardziej aseksualną spośród Twoich części ciała. Detal ten wyryłaś na mojej duszy, jeśli jeszcze ją posiadam; sposób, w jaki srebrna bransoletka zsuwa się po wąskiej, nagiej kości gdy pociągasz łyk piwa z zielonej butelki podnieca mnie i wzrusza do dziś. Chrzanić wszystkie cycki, tyłki i linie przegięcia we wszystkich taliach świata: Twój Nadgarstek, Krystyno Samanto Nadielevno, bije cały ten seks, który żrą śmiertelnicy.

 

Zawsze, kiedy wchodzę otumaniony na klatkę schodową, uprzednio budząc wszystkie psy w pionie i obdzwaniając wszystkie możliwe domofony, próbuję wygrzebać ze swej pamięci Twój numer. Siedem? Trzynaście? Trzy? Dwadzieścia Jeden? Pamiętam, że był to święty numer, jak i Ty jesteś święta. Ale więcej nie pamiętam. Kiedy wtaczam się do windy, wszystkie guziki są już naciśnięte. Jadę wszędzie, bo i gdzie mam jechać, skoro wszędzie jesteś Ty, Anno Marianno. Winda staje na sto szóstym, wypadam z niej jak ochłap, tratuję matkę z dzieckiem, one spadają w ciemną przepaść schodów, a ja szukam Ciebie, Jeanne. Matka z dzieckiem są nieważne, poskładają się same, albo ktoś je poskłada. Ja wierzę w służbę zdrowia. Mi zaś nic nie grozi; to tylko matka z dzieckiem, sąsiedzi już spali lub nie żyli, świadków nie było. Prędzej czy później każdy zapomina o zapijaczonej świni spod własnych-cudzych drzwi, więc i o mnie zapomną. Ja zaś o tobie, Jennifer, nie zapomnę, ja o Tobie, Katarino, zapomnieć nie mogę, bo Ty świnią nie jesteś.

 

Jadę na czterdzieste, wychodzę, mijam biznesmenów w koszulach marki CK, w garniturach marki Wólczanka, w naskórkach marki Adidas, bez zmarszczek mimicznych, amputowano im mięśnie twarzy by ich interesy były jeszcze bardziej pokerowe, za niedługo amputuje się im całe twarze. Przepycham się przez nich do Ciebie, Alzacjo i Lotaryngio, po szlifowanej posadzce z lastryko, ponoć całkiem niezłe nagrobki się z tego czasem robi.

 

Jadę na osiemdziesiąte czwarte, wychodzę, wokół same sterczące linie prętów zbrojeniowych, wszędzie ten tnący policzki i nozdrza mróz, Boże jak tu zimno, Boże coś Ty narobił. Ktoś rozwalił to miasto, skarbie, wreszcie możemy tańczyć na jego ruinach. Wreszcie możemy kochać się na jego resztkach. To trochę jak Twoje rachityczne nogi, Heleno McDevil, te pręty zbrojeniowe to troszkę jak Twoje rachityczne nogi.

 

Kiepsko ze mną, to pewne, mam halucynacje, zjadłem jakieś świństwo, które podali mi przy barze, to były pewnie grzyby albo LSD. Po alkoholu tęsknię tylko duszą, a teraz tęsknię całym sobą.

 

Jest pewien kąt, pewne oświetlenie, pewien czas, detal i kontrast, w którym życie miewa sens w kontekście Twojego oblicza. Uśmiechasz się wtedy tak, jakbyś się nie uśmiechała, jakbyś definiowała uśmiech na nowo, od Boskiego „stań się”. Potem to wszystko znika i można się spokojnie upić.

 

Gdzie ja w ogóle jestem, co to za miejscowość? Te bloki, domy i wieżowce wchodzą mi na głowę. Te kawiarnie miejskie, ja Ciebie tam widzę, tę Twoją małą czarną kieckę, z dekoltem pachnącym wolnością, ale tą prawdziwą, nie jakimś tam proszkiem do prania zza oceanu. Ty jesteś tym miastem, Anastazjo Czerwińska. To miasto jest Tobą, a ja pływam w Twym krwiobiegu, w Twym krwiociągu się nurzam, tak już łatwo to się ze mnie nie wyleczysz. Ten rynek to Twoje serce, Georginio, zawsze chciałem być w Twoim środku, w ścisłym środku, Izoldo.

 

Stanę kiedyś, pewnego letniego wieczora, tuż pod Twoimi drzwiami, jakkolwiek będzie Ci na imię, z bukietem jakichś nikomu niepotrzebnych i dawno już niemodnych kwiatów, Ty mi otworzysz, ja wpadnę do środka, będziemy uprawiać seks platoniczny przez całe dziesięć wieków, aż skończy się świat, aż skończy się wszystko.

 

Chociaż nie, ja wiem, tak nie będzie.

 

Jutro rano będzie tylko kac. Jak po każdej kolejnej decyzji życiowej.

140
Topuj!

Funkcja topowania i dodawania komentarzy nie jest już aktywna.

Komentarze

Rżnięte Szkło | 12.04.2012 - 11:49

majstersztyk