27
.10.11
"Dom niczyj"
OntologHobbysta

Znałem kiedyś pewnego starszego bezdomnego, który trudził się kradzieżą żarówek w miejscach publicznych. Jego łupem padały najczęściej te z przydrożnych latarni miejskich, chociaż w swych zapędach nie oszczędzał też czterdziestek z szaletów czy jątrzących się czerwienią, naściennych neonów. Wykręcanie, jak każdy z nas wie, nie należy do najlepszych rozrywek, więc nic w tej historii nie powinno nas ciekawić. Wykręcanie jednak dóbr państwowych w miejscu dostępnym dla nieprzychylnych temu działaniu obcych było dużo cięższe, a zatem i ciekawsze. Po pierwsze: nie trzeba wspominać, że cały precedens był z oczywistych względów nielegalny i ogromnej większości ludzi kojarzył się naprzemian ze złodziejstwem lub wandalizmem. Po drugie: wchodzenie w środku nocy na kilkumetrowe, betonowe żerdzie jest zdecydowanie bardziej niebezpieczne niż granie w szachy w parku. I właśnie to jego włażenie, ten jego sekretny akt, cały czas mnie intrygował. Nigdy nie widziałem momentu, w którym wchodził on na słup, zawsze pojawiał się tam znikąd. Czasami jadąc nocnym autobusem widywałem go na górze, zawieszonego na czubku słupa i majstrującego jakimś wytrychem przy kloszu, ale nigdy nie widziałem go ze sprzętem alpinistycznym, wdrapującego się na szczyt. Najczęściej jednak jego akcje były zupełnie dla mnie niewidzialne, a ja spostrzegałem jedynie ich efekt – kolejną ciemną plamę na ulicach tego miasta. Zjawiał się najczęściej w lecie. Najprawdopodobniej kradł około godziny trzeciej nad ranem, kiedy całe miasto, z policją na czele, spało. Samych żarówek ponoć nie sprzedawał; według tego, co mówił, kolekcjonował je w swoim prywatnym mieszkaniu, a kiedy nazbierał już wystarczającą ich ilość, tłukł je jedna po drugiej za pomocą wielkiego stalowego młota.

Zapytałem go pewnego razu: „po co?”, kiedy już wreszcie udało mi się z nim pogadać. Było to dla mnie, że tak to określę, mocno niejasne. Ryzykował każdej nocy, męczył się, poparzeń się nabawiał, a wszystko tylko po to, by potłuc to wszystko w drobną cholerę? Coś za tym stać musiało, a kto, jak nie on, miałby o tym wiedzieć. Z odpowiedzią zręcznie czmychał, wykręcał się, że niby nie moja sprawa, że takie ma zainteresowania, że pracuje dla bandy dziwaków, którzy mu za to płacą. Nie wierzyłem w ani jedno jego słowo.

Przekonałem go do siebie dużą butelką średniej gatunkowo whiskey. Kupiłem jedną dla niego i jedną dla siebie, po czym obiecałem, że napiję się z nim, owszem, bo lubię pić z obcymi, ale tylko w jego domu. Wiedziałem, że on pije, ba, że żłopie, że chleje, bo wiedziałem, że jest samotny i bezdomny, a to są przecież dwa najważniejsze powody do żłopania i chlania. Zaprosił mnie, chociaż wzbraniał się przed tym strasznie. Mieszkał na działce, która kiedyś podobno cała była jego, ale, jak to mówił, „czasy się zmieniły i teraz cały świat jest już nie wiadomo czyj”. Na tej „jego działce” rosła sobie, prężnie, wesoło i dumnie, jedna jabłoń. Więcej roślin, zdaje się, człowiek ten nie uprawiał. Jego altana zaś okazała się być przedziwną konstrukcją z kawałków blachy, drewna, dykty, kartonów, starej papy i eternitu, wszystko zaś na kupę było zbite krzywymi gwoździami znajdowanymi pewnie tu i tam przez całe jego życie. Trzymało się to na przysłowiowe słowo honoru, a o honor, jak wiadomo, strasznie jest dziś trudno.

Z pewnością nie kłamał co do żarówek; faktycznie je kolekcjonował. Jak się szybko okazało, nie tylko zresztą je. W środku jego chatki były też inne znaleziska, cały ich śmietnikowy skarbiec: sprzęgła, korby, haki, koła zębate, cała kolekcja ołówków, dwa pudła oprawek po okularach, piloty do telewizorów, całe pęki kluczy, snopy sznurowadeł, ze trzy worki śrub, siedem wózków z Lidla, kilkadziesiąt butów nie do pary, z pięć tuzinów sztućców, linki holownicze, liczniki gazowe… słowem, wiele tam było, a wszystko pedantycznie uporządkowane i ułożone według jakiejś mistycznej zasady, z jakimś magicznym kunsztem, jak na kilkudziesięciu ołtarzach. Troszkę przypominało to miniaturową armię przedmiotów przygotowującą się do wymarszu w swą ostatnią podróż.

- Wszystko kradzione?

- Tak, ale to nie jest tak, jak pan myśli – odpowiedział mi szybko, jakby spodziewał się, że zapytam. – To nie ja ukradłem. Do tamtych ludzi to wszystko przecież nigdy nie należało.

- A niby do kogo? – żachnąłem się, zapominając, że przecież to ja jestem tu gościem. Nie odpowiedział. Jedynie uśmiechnął się pod nosem, trochę litościwie, w ten sposób, w który matki uśmiechają się do swoich nic niewiedzących dzieci. Uśmiechnął się i nieznacznie potrząsnął głową.

Uwagę moją szczególnie przykuła wielka drewniana skrzynia, pewnie pamiętająca jeszcze czasy średniowiecza, której bezdomny pilnował jak swego najcenniejszego znaleziska. Wokół niej armia przedmiotów wyraźnie rzedła, tworząc szpaler prowadzący do jej wieka – już na pierwszy rzut oka widać było, że starzec ze skrzyni regularnie korzysta. Ani myślał, oczywiście, pokazywać mi, co jest w środku.

- Po co ty to robisz? – zagaiłem wprost, bo cała ta sytuacja wydawała mi się coraz bardziej dziwna.

- Ech, przyjacielu. – odrzekł – Gdybyś chociaż trochę patrzył i chociaż trochę widział, zrobiłbyś tak samo. – jego brudne, zniszczone ręce ubrane w zdekompletowane rękawiczki bez palców sięgnęły po butelkę – ja rozkręcam ten świat, przyjacielu. Śrubka po śrubce. Jestem zdesperowanym mechanikiem tej planety, który postanawia sprzedać ją na części za bezcen. Nie wyszedł nam świat ani trochę, sam przyznasz. Trzeba go zdemontować. Zaczynam od żarówek, bo od czegoś trzeba zacząć, ale zaczynałem już wiele razy i sam już nie wiem jak się do tego zabrać.

Uśmiechnąłem się półgębkiem, bo nie sposób takich słów potraktować poważnie. Co mi tam, jeśli to jakiś psychopata, łotr i łajdak; pewnie to i tak nie moja sprawa. Wyciągnąłem swoją flaszkę, pociągnąłem z niej łyka, po czym dodałem lakonicznie, żeby załagodzić sytuację.

 - Prawda, przyjacielu. Najlepszy to ten świat nie jest, a lepszego nie będzie. Rozkręcić to trzeba w cholerę, tak jak mówisz.

Przez jakieś następne kilka miesięcy w ogóle go nie widziałem. Domyślałem się, że pewnie w końcu zabrała go policja i teraz zimuje w więzieniu, jak większość jemu podobnych. Dla niego to bezpieczniej, bo w zimie pewnie by zamarzł. Może drapnęli go za kradzież kolejnej żarówki, a może w swoim kufrze przechowywał trupy… coś przecież ciekawego musiał on tam trzymać. Taki ekscentryczny gość posiadający tak tajemnicze miejsce.

Jakoś w środku zimy przypomniałem sobie o tej jego skrzynce. A jak już sobie o niej przypomniałem, to trudno było zapomnieć.

Na działce nie było nikogo, a altana stała dokładnie w tym samym miejscu i w ten sam sposób, co ostatnio. Przez jabłoń ktoś przewiesił gumowego węża, który smutno zapowiadał, że faktycznie nikogo już dawno tu nie było; pewnie od zeszłego lata, kiedy jeszcze podlewanie czegokolwiek miało jakiś sens. Wszystko było na swoim świętym miejscu, oddziały śmieci były pieczołowicie poukładane. Taki porządek rzeczy wskazywał mi na to, że w końcu go złapali.

Kufer stał tam, gdzie stał ostatnim razem. Prowadził do niego wąski szpaler wijący się przez to całe złomowisko.

Otworzyłem.

Oniemiałem z wrażenia.

On nie kłamał. Cały czas. Nie kłamał. W wyścielonej fioletowym pluszem wielkiej skrzyni leżały dwa ogromne, czarne skrzydła, wpół żywe, jakby odrąbane jakiemuś potężnemu krukowi. Lśniły jak plamy oleju na wodzie, w dotyku były ciepłe, jakby tętniły własnym życiem. Wziąłem je ostrożnie na ręce, wyszedłem z nimi przed altanę. Padał leciutki i puszysty śnieg, rozpływający się w nicość na czarnych, wielkich piórach. Były bardzo lekkie, jakbym trzymał połamany latawiec. Minąłem uschniętą jabłoń z przewieszonym przez nią wężem. Wisiał na niej owoc, przemarzły i zgnity.

Nagle, w tę jedną sekundę, w ten pojedynczy moment, poznałem całą prawdę na temat metafizyki na tym świecie.

Innego raju nie będzie. Innych aniołów nie będzie.

79
Topuj!

Funkcja topowania i dodawania komentarzy nie jest już aktywna.

Komentarze

...---... MR D. | 16.03.2012 - 14:42

@OntologHobbysta bo to wszystko takie ptaśkowate.:)

setisun | 12.03.2012 - 16:52

Niesamowicie dobrze się czyta ten tekst. Świetny!

Sylwia Jurkiewicz | 03.11.2011 - 14:59

Intrygujące uuuu…. trochę niesamowite takie, niemożliwe? A może ja nie rozumiem, albo rozumieć nie chcę ;-)

OntologHobbysta | 31.10.2011 - 16:37

@aryante7 - takie odczucia to pewnie ontologia ;). @MR D. Słusznie prawisz.

...---... MR D. | 30.10.2011 - 12:22

Ale OntologuHobbysto to jest niemożliwe.
Wiem MR D., ale w coś trzeba wierzyć.

aryante7 | 27.10.2011 - 20:57

Są pewne filmy, sztuki, obrazy, teksty, po których obejrzeniu/przeczytaniu przez moment tkwi się w dziwnym stanie niebytu.. tak się czułam po przeczytaniu tego, jak i "Patologicznego" tekstu.. bezcenne!!

OntologHobbysta | 27.10.2011 - 17:54

Skroiłem ten tekst z 8200 liter do 7833. Dopiero wtedy wlazł na stronę.