23
.05.12
"Gej Day – opowiadanie z puentą"
olaf zmit

Budzę się i stwierdzam, że jest sobota, że mam lekkiego kaca, że łóżko jest puste i w ogóle zimno w sypialni bo pewnie znów się ogrzewanie wyłączyło w połowie nocy.

 

Poranna erekcja, poranna masturbacja i wstaję. Drapiąc się po tyłku jak ten żul idę powolnym krokiem do łazienki się wysikać. Czuję sie nieogolony i jokoś mi to jeszcze z rana przeszkadza. Papka w buzi ma lekki posmak nocnego kebabu z sosem czosnkowym.

Stoję na tym kiblem i sikam niemrawo. W połowie, stwierdzam, ze już lepiej robię to siedząco bo coś mi ciężko idzie.

Wreszcie kończę, wstaję, spuszczam wodę i wleczę to ciało niechętne do kuchni – w kierunku zbawiennego czajnika i słoika z kawą. Nastawiam wodę i w trakcie wyciągam chlodną z colę z lodówki. Ciągnę z gwinta.

O! Zaschnięta ślina w ustach się stapia, a oczy otwierają się powoli, by ogarnąć wzrokiem rozległy obraz post apokaliptycznego burdelu, panującego w mieszkaniu. Ciuchy, które miałem na sobie poprzendiego wieczoru walają się ścieźką od drzwi aż do łóżka – prawdopodbnie najkrótszą możliwą. Mniej więcej co krok, leży jakaś część garderoby. Patrząc na ten szlak, zaczynam rozumieć, że skoro jeden but jest przy wejściu, drugi przy łóżku, a spodnie pośrodku to musiałem się mocować po drodze i wyglądało to wyjątkowo ciężko i niezdarnie. Nie pociedzylo mnie to. Stoję tak i tępo nad tym reflektuję.

Czajni zaczyna piszczeć, poijam w końcu kawkę, siadam przed kompem. Dowiaduję się, że jest 1311. Zastanawiam się co ja miałem dzisiaj w planach i przeglądam facebookow kalendarz, który nie może i tak i tak i tak zdecydować  za mnie co zrobić.

Mam wahania pt. Najpierw śniadanie czy najpierw prysznic? Wygrywa żołądek więc biorę patelnie i sadzę jajka. O mało ich nie przypalam bo na poczekani zacząłem grać w gierkę na telefonie i się zagapiłem. Dopiekam do tego tosty z maslem. Siadam na kanapie i zapuszczam jakiś film na dzień dobry. Po drugim jajku już przykrywam się kocykiem i jem w pozycji poł leżącej. Po skończeniiu śniadania stwierdzam, że zasługuję na na sjestę popołudniową, bo w sumie taka już godzina, że akurat, a poza tym świat jest do dupy. Pada, jest szaro. Albo słońce za ostro świeci. Whatever.

Przebudzam się po godzinie i troszkę lepiej. Idę się wykąpać i pomasturbować pod prysznicem. W końcu czuję że odżywam. Wracam w ręczniku, bezczelnie ociekając wodą, zostawiając wszędzie mokre ślady i zaczynam ogarniać jakoś bałagan, bo nie wiedzieć czemu mnie to wkurwia. Ogarnianie różmi się od sprzątania w bardzo wielu aspektach. Po pierwsze wynika z nagłego napływu wyrzutów sumienia a nie ze szczerej motywacji. Po drugie, nie ma na celu czystośći a jedynie zrobienie więcej miejsca i przestrzeni wizualnie. Po trzecie nie jest kompleksowe, bo tyczy się jedynie elementów, które przeszkadzają lub zawadzają – jak pelna popielniczka, puszka po piwie, tacka po zapiekance, ten but na środku o który się potykam już po raz trzeci, kupa ciuchów na środku, które wrzucam do lekko przelewającego się kosza z brudną bielizną.

Po tym następuje faza ubierania się. Jak co sobtę związana ze stwierdzeniem, że a. Nie mam co na siebie włożyć b. Nie chce mi się prasować. C. Czas jednak wrócić do tej łazienki„ nastawić jakieś pranie bo kończą się skarpetki. Co też robię.

Dochodzi już 16:30 i nadal nie jestem pewien co mam w dalszych planach. Spradzam ile czassu jeszcze to pranie będzie trwało, po czym odruchowo staje przed lustem i wyciskam  niestniejącego wągra  - tak na zapas – i staram się wlosy ułożyć. Jak na złość, połowa oklepła, a druga połowa,  nadpobubliwie, toczy wojnę o niezależność stercząc w każdą możliwą stronę. Poddaję się i stwierdzam, że zrobię dobrze – nakładam więc maseczkę błotną, biorę możyczki do pznokci, pilnik i polerkę. Kolejne pół godziny spędzam na próbie zrobienia się na bóstwo.

17:15. Jednak musze się przebrać bo to co w lustrze widzę jest koszmarem. Dupę mam jakąś płaską w tych spodniach. Przy przebieraniu decyduję, że marsz z powrotem pod prysznic bo teraz przeszkadz a mi że za bardzo się zapuściłem w dolnych partiach, i na klacie – czas z tym zrobić porządek. Kolejne 30 minut, wysuszyłem włosy i uznaję, że bez prostownicy sobie nie poradzę. Siadam przed kompem, włączam film z powrotem, włączam maszynę i maltretuję mój skalp.

18:25. Zgłodniałem – biegnę do żabki po gotowe danie, podgrzewam i jem przez filmem. Jakoś się nie mogę skoncentrować i go obejrzeć z rzędu. Nigdzie nie wyjdę dopóki go nie skończę – mimo wszystko jest ciekawy. A przy okazji biorę się za przycinanie bródki nożyczkami. Znów przerywam film. Okazuje się, ze od błotka okropnie mi się skóra zasuszyła, choć istotnie jest bardzo czysta i pory mam poprzypmykane jak ostrygi. Maseczka nawilżająca, i doatkowo, żeby się nie nudzić pedicure. Miska z ciepłą wodą i solą, kopytka zamoczone. Film się konczy i idę  wylać zimną wodę. Fusy wylane, suszę stopy i biorę za tarkę do pięt i zestaw do paznokci. W końcu po całym tym dłubaniu jestem zadowolny z sukcesu. Moge z domu ruszyć ae jeszcze nie teraz. Bo w trakcie sciągnął mi się najnowszy odcinek ulubionego serialu i chuj, pierdole! Wtulam się w kocyk i poduszkę.

Mimowolnie znów odpływam w drzemkę.

Wstaję. 23:00. Połączeń nieodbranych 7 – kurwa telefon sciszyłem. Oddzwaniam. Tak… wiem… no już mi nie jęczcie, robiłem coś ważnego w domu i się nie skapnąłem która godzina. No już jadę.

Lekki stres. Znajomi czekją na mnie już od godziny. Waham się czy nie spasować, bo nie źle a tej kanapie, pod tym kocykiem. Ale próżność wygrywa. Myję zęby, przeglądam się w lustrze zadowlony z całodziennego pucowania i zabieram dupę. Taxi podjedża, ubieram kurtkę, pakuję fajki i jadę do Ganimedesa.

Tam, ciotki przyjaciółki czekają, już drugiego drinnka popijając. Ja lekka zziajany, witam się z każdym.

- A ty, stara co, pod cieżarówkę wpadłaś?

- nie – odpowiadam – a co martwiłyście się, że mnie nie ma?

- Nieeeee….. tylko tak wyglądasz.

 

http://olafzmit.tumblr.com/post/23577901297/gej-day-opowiadanie-z-moralem-a-nawet-puenta

10
Topuj!

Funkcja topowania i dodawania komentarzy nie jest już aktywna.

Komentarze

Brak komentarzy.