10
.05.12
"Oddychaj mną czasami."
Klandestino

Odzywa się kaprys nieprzespanej nocy, ocean czarnej kawy, wpół ironiczna wpół rozmarzona chyba się trochę denerwuję, nie widziałam go tyle lat…

Konrad o oliwkowozielonych oczach, nasza miłość była tak czysta że tylko rozstanie mogło ją ocalić …

Zabrały go australijskie ulice a wczoraj jego telefon wyrwał mnie z zadumy…

Katowickie ulice, kiedyś lubiłam to miasto, byłam taka chłonna na szczegóły  które oferowało i na zdarzenia o nocnych porach które tworzyły swoją własną historię.

Mijając pewną bramę zatrzymałam się i zamyśliłam, tak, to dokładnie tu, w tym zaułku to tu szarpnęła nim gwałtowna namiętność a ja oblałam go wzburzoną porcją piwa…

Nagle zamarzyło mi się by być w modnym kurorcie poza sezonem, w narzuconym na głowę kapturze szukać drogi do pensjonatu w którym jest się jedynym gościem...Nawet jeśli wiatr jest wyjątkowo zimny a wczesny zmierzch i puste stoliki w kawiarniach każą myśleć że trafiło się nie w porę i że na wszystko już za późno…eh, nieważne.

Pukam…otwiera, uśmiecha się, wpadam w objęcia wibrujących strun, nie znałam go zimą…

„Tak właśnie myślałem,wciąż jesteś uzupełnieniem świata w którym zwyciężyła żywa sztuka”. Jego pokój wciąż mieni się w czarno-białym stylu pop artu, zapach drzewa sandałowego i  jego bystre i kpiące oczy, kulminacja piękna i zachwytu, olśnienie którego się nie zapomina.

Oglądamy stare filmy które kiedyś kręciliśmy, ta dziwna kwadratowa budowla, tory kolejowe tablica rozdzielcza i ja…stoję z nadąsaną minką jem paluszki przewracając oczami…i tak z dobre piętnaście minut. A później jakaś klubowa ubikacja, opowiadam o tym  jak wyobrażam sobie siebie gdy w pakistańskich sandałach i szkockich podkolanówkach gotuję czekoladowy budyń, piszę wiersze, wychowuję dzieci o różnych kolorach skóry i jestem żoną nie przywiązującą żadnej wagi do urządzeń mechanicznych ułatwiających pracę w kuchni…

Pozwalamy sobie na duchowy ekshibicjonizm ofiarowując sobie magię, smutek i humor ze szczyptą cynizmu…i niewinny dreszczyk emocji smakujących jak dobre wino

A później wieczór rozlewa mroki, muszę uciekać. Dziwnie się czuję, wpadam na moment do Spinozy. Mijają mnie postępowi intelektualiści w popłatanych sztruksowych marynarkach, zbyt abstrakcyjni w swej prywatności, kalejdoskop zapachów, mroczne, przybrudzone szmery. Ochota, ruch, myśl, pamięć, przerwa, zapach…

Życie jest gdzie indziej? Wiele hałasu o (prawie)nic?

Nurkuję w świat  egzystujących  na marginesie ekscentryków. Pijany Bastek opowiada mi jak kiedyś marzył o tym by pędzić ze mną pod wiatr może i niezbyt awangardowym ale wystarczająco szybkim motocyklem, a teraz tylko marazm i walka  o to by nie stać się zakładnikiem swego losu i by nie dołączyć do długiej kolejki stojącej przed gabinetem psychoterapeuty.

Usiłuję przezwyciężyć wszechogarniającą senność ale nie udaje mi się.

Wracam do domu, na ulicy spotykam wszystkie pretensje mojego życia, pana z kluczem w sznurowadle i panią z idiotycznym uśmiechem która zgubiła się pod moim blokiem.Niezatarte obrazy grozy, dzikie rewolucje, habit wędrownego mnicha, sprzedawcy orientalnych towarów, ruiny nieskończonych dróg, kolaboranci i nielegalne miłości wszystko mnie jakoś przedziwnie dotyczy…

Życie jest krótkie ale szerokie.

Noc…podnieca mnie ale i przeraża. Nocny spektakl, teatr cieni na ścianie gdy robi się zbyt cicho i ciemno boję się a mimo wszystko wytężam słuch,  by usłyszeć coś za wszelką cenę…

Noc zawsze strzeże swych odgłosów gdyż większość z nich wywodzi się z drugiej strony ciszy, przychodzą poeci obłędu i siewcy panicznego lęku  i Pan Czarodziej Merlin...

4
Topuj!

Funkcja topowania i dodawania komentarzy nie jest już aktywna.

Komentarze

Brak komentarzy.