09
.09.11
"NURKOWANIE NA WULKANIE"

Odkąd pamiętam zawsze byłem marzycielem. Czy niepoprawnym? A czy o poprawność chodzi w marzeniach? Marzenia są od tego, żeby o nich marzyć, a realizować je, to już inna sprawa.

Niedługo stuknie mi czwarty krzyżyk i pomyślałem, żeby niektóre z tych marzeń zrealizować. Najtrudniej jest zacząć, a najlepiej zacząć od początku. Żmudna to praca realizacja marzeń, zwłaszcza gdy marzy się i mierzy wysoko i głęboko….

Proza życia, która dopada najmocniej marzycieli, była dla mnie dość łaskawa. Zajmuję się tym, czym chciałem, zostałem belfrem… od nurkowania. Nurkowanie jest moją pasją i sposobem na życie. Jednak proza życia dotyka również samego nurkowania. Żeby z tego żyć, trzeba dużo i ciężko pracować, a marzyciele nie pracują, tylko marzą. Potrzebowałem odskoczni od zwykłych nurkowań.

Kilka lat temu oglądałem film Nicolasa Hulota - francuskiego podróżnika i ekologa, który w swoim obrazie pokazał niezwykłe życie mieszkańców najsuchszego miejsca na Ziem - Pustyni Atacama. Zwróciłem wtedy uwagę na pewien niesamowity wulkan, w kraterze którego znajduje się niewielkie jezioro. Zacząłem szukać materiałów na temat tej okolicy i samego wulkanu. Poszukiwania zaprowadziły mnie do NASA, która badała górę i zawartość zbiornika ze względu na warunki zbliżone do „czerwonej planety”. Po dwóch latach dalszych marzeń przyszedł czas na działania. Miałem szczęście, udało mi się zainteresować moim planem naukowców i sponsorów. Plan polegał na przeprowadzeniu serii badań i najdłuższego w historii nurkowania w jeziorze leżącym prawie na 6tys.m.n.p.m.

Moja przygoda w Ameryce Południowej rozpoczęła się w lutym 2009. Wraz z moim asystentem i przyjacielem przemierzaliśmy chilijską część pustyni Atakama, wspinając się na kilka wulkanów w celu aklimatyzacji przed naszym głównym zadaniem- wejściem na wulkan Licancabur i próbę nurkowania w najwyżej położonym jeziorze na świecie, stanowiącym jednocześnie granicę biosfery.

Po 2 tygodniach spędzonych w górach nasz chilijski przewodnik, który w międzyczasie uratował nas przed niechybną śmiercią na polu minowym, dowiózł nas do Boliwii.

Na to czekałem, to jest mój dzień… Objuczeni jak tybetańskie jaki od drugiej w nocy mozolnie krok za krokiem wnosimy zdublowany ekwipunek nurkowy na szczyt wulkanu. Widoki są obłędne. Brak drobinek wilgoci w powietrzu powoduje, że przezroczystość w tej okolicy sięga 300 km i jest największa na świecie. Pod nami 2 szmaragdowe jeziora, które w kontraście z rudo-szarymi górami pokrytymi śniegiem stanowią niesamowicie bajowy krajobraz. Po drodze mijamy indiańskie sanktuarium, w którym Atacamenos odprawiali pradawne rytuały kontaktując się ze swoimi bóstwami, prosząc o dobre zbiory. To miejsce przepełnione jest mistycyzmem i magią, którą czuje się w powietrzu. Dobra aklimatyzacja pozwala nam na miarowy równy krok, lecz ciężar przepastnych plecaków i brak tlenu sprawiają, że tylko marzenia o nurkowaniu w tym świętym indiańskim jeziorze pchają nas na przód. Kręgosłupy odmawiają nam posłuszeństwa, ostatkiem sił wnosimy nasz nurkowy majdan na szczyt. Wielkie zmęczenie ulatuje jak kamfora. Widok zwala nas z nóg. Pod nami cały majestat Atacamy, olbrzymie masywy Andów. W środku owalnego krateru nasz cel. Lazurowa woda wydaje się być mirażem. Jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów w głąb wulkanu i stoimy nad brzegiem naszego wymarzonego jeziora. Przez myśli przelatują mi informacje o kryształowej czaszce zatopionej w tym jeziorze- indiańskie legendy i wyniki badań limnologicznych dostarczonych nam przez dr Cabrol z NASA. To mój wyśniony cel. Z trudem wchodzę do wody mając na sobie sprzęt nurkowy i dodatkowy pas balastowy o ciężarze 30 kg. Podwodne widoki warte są tego wysiłku. W całym jeziorze życie aż tętni. Niewielkie kilkumilimetrowe skorupiaki skolonizowały ten skrajnie niegościnny akwen. Promieniowanie kosmiczne w dłuższej perspektywie powinno zabić tu wszystko. Czerwone i czarne kokony na żółtym, jak złoto dnie, w otoczeniu lazurowej wody, to widok, jak z innej planety. Miliony maleńkich żyjątek pląsa w kryształowo czystej wodzie. Wulkan, pomimo, że uznany za wygasły, nieznacznie podgrzewa wodę w jeziorze dostarczając wielu minerałów potrzebnych skorupiakom do przeżycia. Po ponad godzinie nurkowania z awarią automatu oraz lawiną odłamków skalnych, która oderwała się od kaldery komina i z impetem wpadła obok mnie do wody, wychodzę na brzeg. Jestem pół przytomny, ale szczęśliwy, jak nigdy w życiu. Powrót do bazy trwał tylko 6 godzin, podczas których porównywałem to, co było mi dane przeżyć i doświadczyć z moimi pierwotnymi marzeniami o tej wyprawie. Te przemyślenia z marszu na dół okupiłem odmrożeniami i utratą paznokcia. To były jednak najszczęśliwsze samotne 6 godzin w moim życiu. Nawet skrajne wyczerpany, schodząc po zboczu Licancabura marzyłem o kolejnych wysokogórskich ekspedycjach nurkowych.

Usłyszałem kiedyś, że „kto podróżuje, ten żyje dwa razy”. Myślę, że w zależności od intensywności i rodzaju tych podróży, nawet więcej niż dwa! Jednak najważniejsze są marzenia, obojętnie czy małe czy duże, bo ten kto przestaje marzyć, ten przestaje żyć…

 

Nurkowa ekspedycja na Licancabur była pierwszą z serii projektu „Korona Jezior Ziemi”. Więcej na ten temat www.wyprawy.az.pl