28
.09.11
"MOSKWA 2006"

Jest grudzień 2006. Mieszkam w Moskwie i zarządzam 550-osobowym zespołem sprzedaży w 10 miastach, od Nowosybirska przez Moskwę do Piotrogrodu. Pomiędzy miastami jest trzy godziny różnicy w czasie. Zaraz przed Świętami Bożego Narodzenia wykryliśmy system oszukiwania banku, który niektórzy z moich podopiecznych stosowali, aby emitować karty na fikcyjne osoby.

Wstałam o 4.30 wiedząc, że ten dzień będzie pełen wrażeń. Na szczęście moje firmowe Volvo zapaliło bez problemu pomimo 30-stopniowego mrozu. Ponieważ jestem pod biurem tak rano, nie było też problem z parkowaniem – ulga.

W biurze byłam o 5.30 i zaczęłam w ferworze wykonywać telefony do biur z pierwszej strefy czasowej. Normalnie jak co tydzień, jaka sprzedaż w każdym oddziale, morale zespołu, plan szkoleń, kto jest najlepszy i dlaczego, rekrutacja i rozwój zespołu.

Od ósmej zaczynają przychodzić koordynatorzy i account managers z Moskwy, wszyscy ściskają kubki z gorącą herbatą, aby się rozgrzać po drodze do pracy. Rozmawiam z tymi, którzy opiekują się największymi partnerami jak Ikea, OBI i inne. Ustalamy cele dnia.

Na 9 muszę być w głównej siedzibie, wiec przebijam się przez zatłoczone miasto, czasami łamiąc przepisy, w Moskwie to normalne. O 9 mamy zebranie zarządu, musimy zdecydować, na podstawie wewnętrznego audytu, kto był zamieszany w oszukiwanie firmy, w jakim regionie i jakie podejmiemy kroki. Spotkanie jest bardzo ciężkie, atmosfera grobowa, takie decyzje nigdy nie są łatwe, ale nie ma innego wyjścia. Ponieważ fakty wskazują na absolutne i ewidentne fałszerstwo, trzeba zwolnic wszystkich zamieszanych i ich przełożonych. Nasza amerykańska firma matka ma zero tolerancji na takie sprawy. Ustalamy region po regionie, że zwolnieniu ulegnie aż do 30% całego zespołu sprzedaży. Zaczniemy egzekwować wszystko już w poniedziałek. Będę musiała wszędzie pojechać osobiście. Niektórzy ze sprzedawców byli bardzo dobrzy, ze świetnymi wynikami, włożyłam w ich trening wiele wysiłku, trzeba będzie wszystko zacząć od nowa – koszmar. Wyobrażam sobie rozmowy zwalniające osobę po osobie, dzień po dniu, na dwa tygodnie przed świętami. Potem rekrutacja i szkolenia od zera.

O 11.30 muszę być w największym oddziale, znowu przebijam się przez zanieczyszczone, zatłoczone miasto, często słysząc klakson i wygrażanie innych kierowców. Jako dyrektor sprzedaży, rozdaję w imieniu banku nagrody klientom, którzy w losowaniu mogli wygrać $1000 przy otwieraniu kont osobistych. Jest ich trójka, bardzo zadowolone twarze, dużo braw, szampan, prasa, uśmiechy, zdjęcia. Niesamowity kontrast do poprzedniego spotkania.

Łapię w biegu bułkę na lunch, w brzuchu burczy, a kolejne spotkanie z dużym potencjalnym partnerem handlowym już o 14.30. Docieram na miejsce. Pertraktacje prowadzę po rosyjsku z Natalią, która ma być account managerem, jeśli uda się podpisać umowę współpracy. Rozmawiamy długo. Rosjanie potrzebują czasu, albo beczki soli, aby dobrze się poznać, zaufać. Olek – szef ogromnego domu handlowego z najnowszym, czarnym Rolls Roysem i szoferem zaparkowanym przed gmachem ma duże ego. Pracujemy nad nim, zaprasza nas na koniak w biały dzień, na pusty brzuch, ja kieruję wiec mam wymówkę, Natalia pije za nas obie.

17.00 z powrotem w biurze sprzedaży, sprawdzam wyniki dnia, jest nieźle, rozwiązuję problemy organizacyjne trzech oddziałów moskiewskich, aprobuję plany podróży czworga moich podopiecznych, czytam plan nowego szkolenia, przeglądam projekty strojów służbowych dla sprzedawców.

O 19.30 mam spotkanie z szefową od ryzyka. Chcę zmienić profil naszego score card, abyśmy mogli udzielać kredytów większej ilości klientów zaraz po studiach. Pertraktacje trwają do 21.00, rozmawiamy nad zamówioną pizzą i szklanką zielonej herbaty.

0 21.45 jestem na siłowni, mój trener wita mnie z szerokim uśmiechem i przez 45 minut zapominam o wszystkim. Trener wyciska ze mnie wszystkie soki. Nie przeszkadza mi to, bo trenuję, aby spróbować moich sil na Kilimandżaro w Afryce. Zobaczymy, czy się uda.

O 23.30 dzwoni z Londynu mój chłopak – Nigel. Rozmawiamy ponad godzinę. Ja leżę w łóżku.

Śpię, jak zabita. Jutro kolejny bardzo intensywny dzień.