27
.10.11
"Weekend treningowy. Sierpień 2011."

Do zdobycia kolejnych środków na realizację moich planów w Nepalu zaplanowałam wyprawę rowerową – 1600 km rowerem w 14 dni przez Wielką Brytanię. Co mi przyszło do głowy, żeby spróbować, czy można wysiedzieć na twardym siodełku przez osiem godzin dziennie przez dwa tygodnie, zapewne w strugach deszczu- nie wiem. Ale z kim bym o tym nie rozmawiała, nie dziwił się. Po prostu Ania równa się lekko trzepnięty wariat, były góry, teraz rower. Myślałam, że jeśli mi się to bardzo spodoba i moje ramiona wytrzymają (jestem świeżo po urazie prawego ramienia) przejadę rowerem przez Amerykę Północną.

Wyjeżdżam za dwa tygodnie. Na podłodze w sypialni jeży się czarna torba, w którą zapakowane są proteinowe pakiety, ulubione daktyle, trzy podkoszulki, dwie pary szortów, krem na odciski (na pośladki), cały osprzęt przeciwdeszczowy, krem przeciwsłoneczny i tenisówki. Dodam jeszcze aparat, dobra książkę i jakieś rzeczy na wieczorne obiady.

Rower jest świeżo po przeglądzie technicznym. Jutro w sobotą zamierzam przejechać 150 km w ramach ostatnich ostrych treningów. W niedzielę natomiast zapisałam się na 75 km przejazd, żeby trochę zacząć zwalniać treningi i móc odpocząć przed samą wyprawą.

Sobota. Wstaję o 5.30, dojeżdżam do stacji kolejowej na rowerze. Pociągiem jadę godzinę i znajduję się na starcie. Jest to objazd pięknych krajobrazów Surrey i zorganizowanie finansowego wsparcia na leczenia raka – przyjemne i pożyteczne w jednym. Wyruszamy po porannej kawie. Do połowy wszystko idzie, jak po maśle, mało górek. Po 100 kilometrach jednak na trasie zostaje coraz mniej uczestników, zrywa się wiatr, który oczywiście duje w twarz i jest coraz ciężej pedałować. Trzymamy się jednak dzielnie zaplanowanej trasy. Czasami, jak jadę pod górę i patrzę na szybkościomierz i obliczam, że jeśli będę posuwać się w tempie 5 km na godzinę, reszta trasy zabierze mi jeszcze 5 godzin, motywacja opada. Trzeba się zatrzymać, rozmasować stopy, zjeść porządnej czarnej polskiej czekolady (Terravita – najlepsza ta z chilli), posłuchać wiatru w polu. Tak podbudowana wsiadam na kolejne dwie godziny. Tyłek boli i nie można znaleźć wygodnej pozycji, wszystko jakoś już jest niewygodne. Moje marzenie to dojechać do ostatniego zaplanowanego postoju, bo potem tylko 10km. Nareszcie jest lokalna mała szkolna salka, gdzie rodzice upiekli ciasta, jest herbata, a dzieciaki ganiają wokół nas i śmieją się, że wyglądamy, jak wyciągnięci z pralki, każdy kuśtyka, rozmasowuje bolące mięśnie i rozprostowuje bolące stawy. Po 15 minutach odpoczynku trzeba jednak wrócić do roweru

O rany, rower jest tam gdzie go zostawiłam, dlaczego nikt go sobie nie wziął?

Ostatnie 10km jest częściowo po mieście, co dostarcza mini odpoczynków i przerw jak czekam na zmianę świateł. To jest przyjemne. Nareszcie widzę w oddali bramę końcową, przejeżdżam przez szarfę, dostaje butelkę wody i certyfikat ukończenia trasy. Kładę rower na trawniku i oddalam się od niego do najodleglejszej budki, aby kupić sobie pieczonego ziemniaka z tuńczykiem na podwieczorek.

Rower ciągle leży tam gdzie go zostawiłam! – ale z niego leniwiec.

Jazda na stację i siedzenie na miękkim fotelu pociągu są przyjemnością bo w planie na wieczór jest sauna, obiad i sen. Po długiej, regenerującej nocy (normalnie sypiam po 5-6 godzin) wstaje o 6.30. Przed sklepem, gdzie miały zbierać się rodziny na łatwy 75 km dzień zastaje wysportowanych facetów w lajkrowych kombinezonach dobrych klubów londyńskich. Coś jest nie tak, szukam kolegi, który wkręcił mnie w dzisiejszy wyjazd, na moje zdziwienie on mówi: “eh, no, wiesz bo to jest 75 km w jedna stronę i ….

CO?!?! – trochę mnie przytyka, to miał być lekki dzień …. no dobra.

Dokupuję 4 batony energetyczne, zostawiam jedną warstwę – przy takim tempie, na pewno nie będzie mi potrzebna dodatkowa koszulka. Pytam czy oni przynajmniej na mnie poczekają na zakrętach. Słyszę potwierdzający pomrok.
W myślach zawieram sama ze sobą umowę, jeśli nie dam rady całego dnia, to zawsze mogę wrócić pociągiem z Windsoru, nie ma sprawy.
Wyruszamy, po 15km jest krótki postój na toaletę i potem peleton sunie jak dobrze naoliwiona maszyna przez 50 km bez postoju. Jestem pierwszy raz w życiu członkiem ekipy rowerowej, nigdy nie domyślałam się, że jazda na rowerze jest czystym sportem zespołowym. Nasz lider kieruje ruchem całej grupy, ostrzega przed zbliżającymi się pojazdami, dziurami w asfalcie, rozsypanym szkle, wskazuje zaparkowane samochody. Ja skupiam się na jednym, utrzymać się 50cm za gościem przede mną. Jedyna nadzieja dojechania na miejsce i nie padnięcia trupem z wycieczenia polega na tym, że będę siedzieć na kole kogoś silniejszego i większego niż ja. Przez ponad dwie godziny skupiam się wyłącznie na żółtej linii na tylnej oponie roweru przede mną, nic więcej się nie liczy tylko to, żeby ta cienka żółta linijka była ciągle przede mną. Po jakimś czasie i przyzwyczajeniu się do bliskości zaczynam egzaminować wzory na koszulce, też żółtej, potem szorty, potem światełko, potem tyły butów i tak dopedałowałam do znaku pokazującego Windsor 10km. Z ogromną ulgą oddycham głęboko i to wystarcza, aby cały peleton wymknął się i pognał, co sił w nogach na lunch, zostawiając mnie oczywiście w chmurze kurzu.

Po odzyskaniu równowagi widzę, że lider się wrócił i doprowadza mnie do reszty grupy z opóźnieniem. Nawet przy jednym stoliku nie chcą ze mną siedzieć! No tak, lepiej się nie przyznawać do słabeusza. Pożeram zapiekankę, trzy małe ciasteczka, tabliczkę czekolady i zapija gorącą kawą (podobno poprawia formę!). Po godzinnym odpoczynku wracamy do naszych rumaków. Tylek zaczyna boleć, ale bez odcisków. W pewnym momencie zaczynam odpadać i zostawać w tyle, zamykający peleton krzyczy do mnie: ‘trzeba zamknąć tą dziurę przed nami’. Patrzę na niego, potem na otwartą, powiększającą się przestrzeń pomiędzy mną, a resztą kolarzy, znowu na niego i wybucham histerycznym śmiechem. Krzyczę do niego, ‘ok, proszę bardzo zamykaj, bo ja nie jestem pewna swoich nóg. Po wyszczerzeniu zębów, wyjeżdża przede mnie i konsekwentnie metr po metrze podciąga mnie w swoim nurcie do reszty.

Dowlokłam się za peletonem do obrzeży Londynu, gdzie rozpoznaję teren, serdecznie podziękowałam za wspólna wycieczkę i zakomunikowałam, że stąd, to ja już sobie spokojnie, powolutku, po podwieczorku pojadę grzecznie do domu. Żeby się nie martwili itd. I tyle ich widzieli!

Po powrocie do domu moczyłam obolałe, ale zadowolone członki w gorącej kąpieli, zjadłam dwie kolacje na raz i chrapałam od 20.

Tydzien pozniej znowu pojechalam z ta sama grupa na 70 km – tym razem zaprosili mnie do swego stolika, chyba awansowalam! (pewnie za nowa koszulke a nie lepsza forme).